Najlepsze Święta Bożego Narodzenia jakie można sobie wymarzyć. Wigilia spędzona w gronie rodziny, natomiast Święta i Sylwester w „ciepłych krajach” i to jeszcze na motocyklu!

Udaje się nam załatwić wolne pomiędzy Świętami a Sylwestrem, więc mając do dyspozycji równo siedem dni rozpoczynam poszukiwania destynacji. Wybór w tym terminie nie jest duży: Egipt, Izrael, Gran Canaria i Madera. Nigdy nie interesowałam się tą ostatnią i zdziwiła mnie ilość atrakcji oraz możliwości jakie oferuje. Ostatecznie decydujemy się na wakacje z TUI i hotel Dorisol Florasol w stolicy Madery – Funchal. I tak 25 grudnia lądujemy na jednym z najbardziej niebezpiecznych lotnisk świata na Wyspie Wiecznej Wiosny.

Jak przystało w Pierwszy Dzień Świąt niestety wszystkie sklepy i wypożyczalnie pozamykane. Mieliśmy za to okazję pospacerować po okolicy i ustalić plan na najbliższe dni. Rankiem 26 grudnia bezskutecznie czekamy pod wypożyczalnią. Pomimo informacji, że będzie otwarta, no cóż… chyba we wszystkich krajach półwyspu iberyjskiego nie ma presji przyjścia do pracy… W drugiej wypożyczalni podany jest telefon do kontaktu, po 5 minutach zjawia się Pan i dowiadujemy się, że jedynym dostępnym motocyklem jest CBF600. Na stronie www podane było, że jest kufer na wyposażeniu – nie ma i nie będzie – nieliczne skutery takowy posiadają. Bierzemy więc Hondzię wraz z kaskami, by dojechać do hotelu i przebrać się w swój sprzęt który wzięliśmy w bagażu z Polski. Tutaj warto napisać, że kaski wzięliśmy ze sobą do kabiny jako bagaż podręczny (nakrycie głowy jakby ktoś pytał). Bez problemu ze strony linii lotniczych (czarter Enter Air).

Dzień pierwszy

Zwiedzanie wyspy zaczęliśmy od południowego i zachodniego wybrzeża. Pierwszy przystanek to miasteczko Câmara de Lobos. Mieścina słynie z małej zatoki z kolorowymi łódkami. Spokojne miasteczko, w którym spotkaliśmy rybaków grających w karty i degustujących lokalne trunki. Podobno Winston Churchill lubił tam wypoczywać. Kolejnym punktem było Cabo Girão określane najwyższym klifem Europy. Widok z niego jest imponujący, a szklany podest ukazuje prawie sześciuset metrową przepaść. Nie mam lęku wysokości, ale stąpając po przeźroczystym tarasie czułam dreszczyk emocji. Następnie częściowo lokalnymi drogami wzdłuż wybrzeża, a częściowo główną drogą (ER 101) podążamy do latarni morskiej w najbardziej wysuniętej na zachód miejscowości Madery czyli Ponta do Pargo. Uwaga na drogę – leży dużo kamieni, które oderwane z urwiska spadają prosto na jezdnię. Latarnia nie zachwyciła – taka malutka, jednak wybrzeże i widoki piękne. A niedaleko, w Achadas da Cruz znajduje się kolej linowa. Za jedyne 3 euro od osoby można zjechać z klifu prawie pionowo w dół kolejką. Obsługiwana jest przez jedną osobę – Pana, który opowiadał jak to liny się zrywały i ginęli tutaj ludzie 🙂 i częstował kiwi z własnej plantacji (mniam – pachnące, soczyste – nie to co sklepowe). Kolejka ta najbardziej mi się spodobała z pośród licznych Cable Car na wyspie. Ostatnim przystankiem dnia było Porto Moniz z naturalnymi basenami lawowymi. Prowadzi do niego jeden z najbardziej krętych odcinków drogi ER 101 – gratka dla motocyklistów. Pokręciliśmy się trochę po mieścinie, obowiązkowa fotka stajenki bożonarodzeniowej (Maderczycy kochają szopki i w wielu przydomowych ogródkach stoją figurki, na które wydają masę pieniędzy), obiad (oczywiście espada z bananem) w restauracji Poças Café z widokiem na ocean i pałętającymi się wokół stolików jaszczurkami i pora wracać do hotelu. Wieczór spędzamy w centrum Funchal degustując na jarmarku bożonarodzeniowym Poncha (rum z sokiem z cytryny z miodem i cukrem trzcinowym) oraz Bolo do Caco (chlebek kasztanowy z masłem czosnkowym).

Dzień drugi

Madera słynie z „levadas” i „veredas”. Dużo trudniej je zwiedzać poruszając się motocyklem (brak możliwości pozostawienia stroju motocyklowego i przebrania się w ciuchy trekkingowe). Nie zrażając się tym „nadbagażem” postanowiliśmy powitać wschód słońca z Ponta de São Lourenço (vereda PR8). Na parking na Półwyspie Świętego Wawrzyńca dotarliśmy przed ósmą rano. Niestety chmury na horyzoncie zasłoniły wschodzące słoneczko (które w grudniu wschodzi po godzinie 8 czasu lokalnego), jednak widoki rekompensowały tą niedogodność i fantastycznie wędrowało się po całkowicie pustej trasie. Szlak mierzy 4 km i zajął nam ponad 2,5 godziny w jedną stronę.  Pod koniec trasy jest jest maleńki bar Casa do Sardinha i zaopatrzeni w kolejne butelki wody wracamy z powrotem. Na szlaku pojawiły się tłumy ludzi, a my trochę dziwnie wyglądaliśmy taszcząc kask i kurtkę motocyklową pod pachą… Po powrocie na parking, zakorkowany zaparkowanymi samochodami i odsapnięciu, postanowiliśmy zwiedzić wschód wyspy. Następny przystanek to miejscowość Santana z tradycyjnymi maderskimi domkami. Casas Típicas to domki w kształcie trójkąta, pokryte strzechą, gdzie można zakupić również produkty regionalne (wina, poncha, sadzonki i inne pamiątki). W drodze na następny punkt czwartkowej wycieczki zatrzymujemy się na Torze Kartingowym w Faial, aby zrobić kilka rundek i pościgać się gokartami. Następnie udajemy się na szczyt Pico do Ariero. Wjeżdżamy w chmury, robi się zimno i mokro, na poboczu ubieramy przeciwdeszczówki i mamy wątpliwości jaką pogodę zastaniemy na szczycie. Wyjeżdżamy ponad poziom chmur i czujemy się jakbyśmy jechali po niebie (w końcu jesteśmy na wysokości ponad 1800 mnpm). Na szczycie zastaje nas piękne słońce, jednak nie mamy już sił nawet na krótką wędrówkę po górach. Szybko zjadamy w barze zupę cebulowo-pomidorową i wyruszamy w drogę powrotną. Na obiad zatrzymujemy się w Bar Avô w Funchal. Lokal ten słynie z największej w Europie kolekcji szalików piłkarskich (wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa). Naturalnie obdarowaliśmy właściciela szalikiem GKS Tychy specjalnie przywiezionym z Polski :). Zmęczeni, wieczór spędzamy w restauracji nieopodal hotelu konsumując Lapas (skołoczepy) i popijając portugalskim winem.

Dzień trzeci

Dzień trzeci to zwiedzanie północnej części wyspy. Po śniadaniu wyruszamy do Doliny Zakonnic (Curral das Freiras), którą podziwiamy z punktu widokowego Eira do Serrado. Następnie trasą VE4 przejeżdżając kilkanaście tuneli udajemy się na północ do Grutas e o Centro de Vulcanismo w São Vicente. To jaskinie, a jednocześnie centrum wiedzy o wyspie i jej procesach wulkanicznych. Polecam – przewodniczka ciekawie opowiadała o historii powstania Madery (po portugalsku i angielsku – ale bardzo przystępnym językiem), a atrakcje w stylu wjazd windą do centrum Ziemi, projekcje czy nawet wino leżakujące w podziemnych jeziorach bardzo mi się podobały. Z jaskiń wyruszamy na wschód, gdzie kolejnym punktem jest Farol da Ponta de São Jorge. Odbijamy jednak z nowej drogi ER101 w miejscowości Ponta Delaga na starą część trasy: zaniedbana, często z wodospadem wody lecącym na jezdnię – dla motocykla „idealna” 😉 Adrenalinka nam podskakuje jadąc po błocie, pod górkę czy górki pod nachyleniem chyba z 40 stopni. Niestety latarnia morska w São Jorge również nie zachwyciła. Wyspa zjechana dookoła, pora więc wracać i oddać motocykl. Na koniec myjnia ręczna (po dzisiejszej wyprawie moto jest niemiłosiernie brudne) i zwracamy sprzęt (warto zrobić zdjęcia sprzętu zaraz po wypożyczeniu, gdyż możemy udowodnić, że dana wgniotka czy otarcie to nie nasza sprawka). Wieczór spędzamy tradycyjnie w centrum, tym razem konsumując jadalne kasztany (Castanhas) i kibicując biegaczom w biegu ulicznym „Volta à Cidade do Funchal”.

Dzień CZWARTY

Już bez motocykla zwiedzamy Funchal – decydując się na usługi taksówkarza Ricardo – stał pod kolejką Monte z kolorowym folderem i kosztem zwiedzania na własną ręką – różnica 10 euro, a jaka wygoda 😉 Chłopak bardzo się starał – podczas podróży z Mariuszem konwersował po angielsku, a ze mną po francusku. Przy okazji pokazał nam kilka fajnych miejsc (w tym punkt widokowy gdzie można obserwować noworoczny pokaz fajerwerków). I tak zaliczyliśmy: posąg Chrystusa Cristo Rei oraz kolejną kolej linową (Teleférico do Garajau) w

Dzień PIĄTY

Perspektywa leniwej niedzieli nie przypadła nam do gustu. Podczas porannego spaceru w Parque de Santa Catarina postanawiamy wypożyczyć jeszcze na następne dwa dni, dwa kółka. Niestety w wypożyczalni motocykle nie były dostępne, więc wzięliśmy Sym Symphony ST 125cc, ale za to z kufrem. Po przejechaniu kilku kilometrów już wiemy, że daleko nim nie zajedziemy (duże różnice poziomów na tak krętych drogach – po prostu skuter nie daje rady…). Podjechaliśmy więc na kolejną kolejkę linowąFajã dos Padres. Jeszcze kilka lat temu była tam winda, której pozostałości są nadal, teraz z klifu zjeżdża się wagonikiem. Na dole najpierw przechodzimy przez plantację bananów i innych owoców, aby docelowo zjeść obiad w knajpce przy brzegu oceanu. Wieczór tradycyjnie spędzamy w centrum, tym razem na małym shoppingu: pamiątki – magnesiki i biżuteria z korka.

Dzień SZÓSTY

Rankiem podjeżdżamy na Mercado dos Lavradores czyli targ owocowo-rybno-kwiatowy. Kupujemy egzotyczne owoce (jak się później okazuje, zostaliśmy oszukani – ale o tym w innym wpisie), oglądamy jak wyglądają świeżo złowione lokalne ryby: szczególnie wrażenie robi espada (pałasz czarny) – długa, czarna, z wyłupiastymi oczami i ostrymi zębami. Następnym nietypowym miejscem gdzie jedziemy, jest Aeroporto da Madeira niedaleko Santa Cruz. To lotnisko pojawia się w rankingach najniebezpieczniejszych lotnisk świata, głównie ze względu na to, że pas startowy zarówno z jednej jak i z drugiej strony kończy się nad oceanem, a dodatkowo część pasa zbudowana jest na betonowych kolumnach. Przy lotnisku jest kilka punktów przygotowanych dla spotterów i mogliśmy w pełni obserwować i fotografować samoloty. W związku z dużym wiatrem niektóre z nich nieźle przechylało podczas lądowania… Popołudniem zaczyna padać, podjeżdżamy jeszcze do Museu CR7 czyli muzeum najsłynniejszego Maderczyka: Cristiano Ronaldo. Wieczorem plany krzyżuje ulewny deszcz. Po 21 udaje nam się podjechać do centrum, by zobaczyć i poczuć klimat Sylwestra. Przed 23 ubieramy przeciwdeszczówki – trudno, wyglądamy jak ufo… wsiadamy na skuter i w drogę na Monte, gdzie mieliśmy już wybrane miejsce do obserwacji pokazu sztucznych ogni. Jakież było nasze zdziwienie: część ulic pozamykana, a wzdłuż każdej na wzgórzu stały samochody, z których płynęła muzyka, a pasażerowie urządzili sobie pikniki. Na 5 minut przed północą udaje nam się zaparkować „piździka” wśród tłumu „lokersów”. Ciekawostka: z okazji 600-lecia odkrycia Madery pokaz trwał 8 minut, odpalono ponad 174 tysiące fajerwerków, które kosztowały 1 milion euro i założono pobicie Rekordu Guinnessa jako największego pokazu na świecie. To był jeden z najpiękniejszych widoków mojego życia, aż ciarki mnie przechodziły podczas oglądania…

Pierwszego stycznia pora wracać do domu. A więc Feliz Natal e próspero Ano Novo!

Filmik z tras po Maderze:

Filmowe podsumowanie całego wyjazdu:

Krótkie podsumowanie: Wynajem motocykla na 3 dni kosztowało 150 euro + 400 euro kaucji zwrotnej. Wynajem skutera na 2 dni kosztowało 60 euro bez kaucji. Cena litra benzyny to 1,45 euro (podatek za drogi jest wliczony w cenę, dlatego tak dużo). Drogi dobrej jakości, jednak jest dużo wzniesień i ciężko się jeździ słabym sprzętem. A łącznie nawinęliśmy około 750 km (motocyklem ok. 600, a skuterem ok. 150).

Zapraszam również do artykułu Najlepsze widokowe trasy na Maderze, w którym opisuję wrażenia z jazdy po maderskich drogach i które polecam każdemu, nie tylko motocykliście. Natomiast Maderskie smaki czyli co warto spróbować to subiektywny opis tego co mi smakowało, a co nie 🙂

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *