czyli Teneryfa 2023

Po ostatnim pobycie na Gran Canarii, obiecaliśmy sobie, że odwiedzimy motocyklowo pozostałe Wyspy. Udało się to zrealizować dosyć szybko – zaraz na początku stycznia i kolejny raz z TUI lądujemy na słonecznej Teneryfie. Tak jak ostatnio – hotel tylko dla dorosłych gości (Be Live Adults Only Tenerife) i co najważniejsze – blisko wypożyczalni (White Stars).

5 stycznia

Najgorszy to lot. Prawie 6 godzin. Nie żebym nie lubiła latać, ale nie oszukujmy się, taka przeprawa to praktycznie cały dzień. Pozytywny aspekt – tym razem dopisuje nam szczęście – w samolocie mamy miejsca w pierwszym rzędzie.

 

6 stycznia – Święto Trzech Króli

Poranny widok z balkonu wywołuje efekt wow – ocean i wulkan! Motocykl możemy odebrać dopiero jutro, bo tutaj też świętują i wszystko pozamykane. Dzięki temu mamy czas na poznanie Puerto de la Cruz. Miejscowość (tak jak większość na Teneryfie) wznosi się do góry – czyli czym dalej od oceanu tym wyżej. Wszędzie trzeba się wdrapywać. Co jeszcze zauważyłam? W porównaniu z Gran Canaria – tutaj większość turystów to seniorzy (może taki czasookres), a infrastruktura jest dużo starsza i wymagająca nierzadko remontu.

Wyspa krabów, w sumie to jaszczurek, ale więcej widzieliśmy tych skorupiaków
Za drogą niedaleko hotelu był park, a tam kurnik i „dzikie” kury i koguty. Budzika nie trzeba było nastawiać…
7 stycznia

Rano po śniadaniu czekamy pod wypożyczalnią na zarezerwowany sprzęt. Tym razem to Honda NC 700S. Kierujemy się na wschód do miasteczka Candelaria, gdzie wzdłuż promenady stoją posągi Los Menceyes przedstawiające dziewięciu królów Guanczów, którzy pod koniec XV wieku rządzili rdzennymi mieszkańcami Wysp Kanaryjskich. Z historią Guanczów wiążą się również Piramidy w Güímar. Tych sześć budowli, zorientowanych astronomicznie na zachód słońca podczas letniego przesilenia obejrzeliśmy przez płot – jakoś nie wyglądały zachęcająco… Dalej przez TF-28 zaliczyliśmy „pierwszy” Mirador – de Pájara, aby dojechać do Arco de Tajao, czyli ciekawej formacji skalnej na kształt naturalnego łuku. Planując podróż starałam się też znaleźć jakieś fajne knajpki abyśmy mogli posmakować lokalnych przysmaków. I tak na sobotni obiad zajechaliśmy do San Miguel de Tajao i niepozornej El Rincón del Marinero Tajao, gdzie serwują dopiero co wyłowione owoce morza. Powrót do hotelu przebiegał przez Parque Nacional del Teide czyli głównie przez TF-21. Kolejne zaskoczenie: im bliżej wulkanu Teide, tym zimniej! Nad oceanem 22 stopnie, a w „interiorze” w porywach 4… Z drugiej strony droga w najwyższym punkcie przebiega na wysokości 2356 m n.p.m., a dwa krańce wyspy – z północy na południe to w linii prostej odległość tylko 42 km.

White Stars – 2 w 1 – czyli wypożyczalnia motocykli, skuterów i samochodów, ale też centrum wycieczkowe jak i biletowe
Estatuas De Los Menceyes
Piramidy – w formie kamiennych schodów nie zachwyciły…
Arco de Tajao
Gdzieś na TF-21 – początkowo lasy piniowe
By ostatecznie wjechać w krajobraz wulkaniczno – księżycowy
8 stycznia

Dzisiejszy plan to północ Teneryfy i reklamowany Rezerwat Anaga. Na pierwszy przystanek zaplanowaliśmy majestatyczną latarnię morską Faro de la Punta del Hidalgo. Trochę błądziliśmy, bo google maps usilnie prowadziło nas przez zamknięte dla ruchu drogi. Ostatecznie okazało się, że musimy zrobić sobie kilometrowy spacer brzegiem oceanu. Dalej droga prowadziła już przez Anaga Rural Park i TF-12. Zupełnie inna wyspa niż interior – zielone lasy wawrzynowe,  ale też dużo turystów wybierających trasy trekkingowe. Tutaj liczne punkty widokowe z minimalistycznymi parkingami były zapełnione turystami, ale motocykl zawsze udawało nam się gdzieś zaparkować. Na niedzielny obiad odbiliśmy przez TF-134 do Taganana. Jako ciekawostka – wioska ta była praktycznie odcięta od świata, można było się tam dostać wyłącznie od strony morza lub niebezpiecznym szlakiem. Dopiero w 1968 roku wybudowano tunel drogowy i połączono ją z pozostałą częścią Wyspy. Warto było tam podjechać. Malownicza trasa z przystankiem w Mirador Risco Amogoje oraz pyszny obiad na samym oceanem. Tu bym mogła spędzić kilka dni… Wracamy TF-134 aby dalej podążyć krętą TF-12 w kierunku stolicy. Po drodze zajeżdżamy na zamknięty punkt widokowy na najbardziej znaną piaszczystą plażę wyspy czyli Playa de las Teresitas. Santa Cruz De Tenerife „zwiedzamy” z motocykla, nawet się nie zatrzymujemy tylko obieramy azymut hotel.

Spacer nadbrzeżem do nietypowej latarni morskiej – Faro de la Punta del Hidalgo
Wąwozy w Anaga Rural Park
Mirador Pico del Inglés
Taganana – Roque de las Bodegas – kaweczka i obiad nad oceanem
Playa de las Teresitas – oblegana przez miejscowych
9 stycznia

Teide! Nadjeżdżamy! Aby wjechać na szczyt Teneryfy czyli słynnego wulkanu należy skorzystać z kolejki linowej (lub iść pieszo szlakiem). Bilety na kolejkę do nabycia przez internet – duży plus, że strona jest również po polsku. Jest kilka opcji do wyboru – sam przejazd, możliwość spaceru na jeden z dwóch punktów widokowych z przewodnikiem lub zakup audioguide w postaci kodu do apki na telefon. Skorzystaliśmy z tej ostatniej opcji, wiedząc, że na górze można spędzić maksymalnie godzinę, czyli dwóch punktów widokowych nie zaliczymy. Mega plus za możliwość zmiany rezerwacji – śledziliśmy prognozy pogody i skorzystaliśmy z tej opcji (wieczorem w niedzielę przebukowaliśmy bilety na poniedziałek rano) dodatkowo pojawiły się godziny na które pierwotnie nie było możliwości rezerwacji. W wagoniku (jak i w całej komunikacji miejskiej w Hiszpanii) należy używać maseczki (covid ciągle z nami), ale widoki rekompensowały tą niedogodność. Ostatecznie u góry maseczka okazała się wybawieniem, bo tak wiało, że przynajmniej w niej szło spokojnie oddychać 😉 Jednak po wyjściu z górnej stacji kolejki ogromny zawód – szlaki zamknięte z powodu oblodzenia… Generalnie taka informacja powinna być podana przy zakupie biletu – nie bralibyśmy wtedy tych z audioprzewodnikiem, bo nie możemy z tego skorzystać. A tak turyści są naciągani na koszty… Połowicznie zadowoleni, ale też zmarznięci ruszyliśmy na południe do upalnego Las Galletas i kolejnej ciekawej latarni morskiej w porcie. Szybka fotka, obiadek i uprosiłam Mariusza aby zajechał do Monkey Park – Tenerife. Fantastyczne miejsce – nie dość że mało turystów, to obcowanie z lemurami było dla mnie ogromną atrakcją. Do tego dziesiątki świnek morskich (nie wiem dlaczego one) i żółwie które można samemu karmić, a także wiele innych zwierząt w klatkach. Czułam się tam jak duże dziecko. Co prawda kilka przecznic od hotelu znajduje się Loro Parque – takie zoo z pokazami morskich zwierząt i nie tylko, ale jakoś nie moje klimaty… (a bilet to „jedyne” 40 euro od osoby). Wracając do hotelu odbijamy z TF-21 na TF-38 i tym razem do Puerto de la Cruz docieramy od zachodniej strony wyspy.

Stacja dolna kolejki – parking dla motocykli praktycznie przy samym wejściu
Stacja górna kolejki – w tle szczyt wulkanu – niestety dzisiaj niedostępny
Wiem, że to żadna egzotyka ale i tak super zabawa. Świnek to było ponad 100
Lemury, gekony – wszystkie na wyciągnięcie ręki
Malowniczy port w Las Galletas
10 stycznia

Dobrze, że wczoraj zaliczyliśmy Teide, bo dzisiaj pogorszenie pogody – duże zachmurzenie, porywisty wiatr i mżawka. Ruszamy na zachód. Nieśpiesznie zatrzymujemy się w Charco Los Chochos przy nadbrzeżu i przy szkielecie wieloryba. Czytałam w necie o TF-445 czyli trasie sławnej z „Szybkich i Wściekłych 6” biegnącej nad oceanem. Niestety otwarta jest tylko w określonych godzinach dla ruchu indywidualnego, natomiast od 10:00 do 18:00 jeżdżą tam tylko autobusy. No cóż – zimową porą byłaby to jazda w ciemności, ale latem Mirador Punta de Teno jest bardzo polecana na romantyczne zachody słońca. Wypogadza się a my ruszamy w kierunku Masca – wąwozu i wioski w pasmie górskim Teno. Cudownie kręta TF-436, widoki bajeczne – zielone wzgórza i ocean. Dobrze, że jedziemy na dwóch kółkach, bo samochodem byłaby mordęga – ogromne korki, mijanki na zakrętach. Czym prędzej opuszczamy wioskę kierując się do Los Gigantes czyli miasteczka z wielkimi nadoceanicznymi klifami. W dzisiejszym planie jest jeszcze przeciąć z zachodu na wschód wyspę podążając TF-38 i następnie TF-24. Pogoda niestety znów się psuje, jednak ma to też swój urok – Mirador La Tarta okryte jest chmurami niczym pierzynka otulająca Teide. Resztę trasy pokonujemy w lekkim deszczu, a mglisty i ponury las wygląda niczym z horroru.

Pomimo dużego zachmurzenia TF-42 i tak była malownicza
Charco Los Chochos – oprócz szkieletu wieloryba są tutaj naturalne baseny
TF-436 – Mirador de Los Warriors – trasa do Masca
Klify w Los Gigantes
Mirador La Tarta
TF-24 we mgle i deszczu
11 Stycznia

To ostatni dzień z motocyklem na wyspie. Całe szczęście, że główne punkty zostały odwiedzone, bo dzisiaj od rana wręcz leje. W południe decydujemy się na oddanie motocykla – nie ma sensu z tym czekać do wieczora i tak nigdzie nie pojedziemy. Akurat nastało okienko bezdeszczowe, ale trwało ono chwilę, bo Mariusz nie zdążył dojechać te kilkadziesiąt metrów do wypożyczalni i cały zmókł. Po południu trochę się wypogadza, więc wykorzystujemy ostatnie chwile na wyspie na zakupy, spacery oraz pyszny obiad.

Po raz pierwszy w ciągu dnia miałam możliwość degustacji winka. Z pięknym widokiem na ocean
I z pyszną langustą
12 stycznia

Zadowoleni z tygodniowego pobytu z naładowanymi bateriami na nadchodzące miesiące, z kolejnymi planami na kolejne podróże wracamy do domu.

4 dni na motocyklu w zupełności wystarczyły abyśmy objechali wyspę i zaliczyli jej największe atrakcje. Całkowity koszt najmu to 350 euro za pięć dni i brak kaucji. Paliwo kosztowało około 40 euro, a kilometrów nawinęliśmy aż 842.

Czy było warto? Zdecydowanie TAK. Zresztą zobaczcie sami:

4 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *