czyli od Maramuresz do rumuńskiej Mołdawii

Rumunia może zachwycić. Jest to też na tyle niepopularny kraj wśród zagranicznych turystów, który urzeka swoją naturalnością i dzikością, że warto tam teraz pojechać .

Kraj ten zajmuje o 1/3 mniejszą powierzchnię niż Polska przy jednoczesnej o połowie mniejszej liczbie mieszkańców. Z Rumunią kojarzy się wybrzeże ciepłego Morza Czarnego, wspaniałe Karpaty (stanowiące ponad 30% powierzchni kraju) oraz malownicza Delta Dunaju uznana za Światowy Rezerwat Przyrody. Jednak północ Rumunii również zasługuje na uwagę. To tam moim zdaniem jest ta prawdziwa Rumunia.

1. Maramuresz (Marmarosz)

Nasze zwiedzanie zaczynamy od Satu Mare, gdzie zatrzymujemy się na pierwszy nocleg. Typowe miasto – synagoga, fontanna przy Placu Wolności, mają nawet skatepark w centrum. Z ciekawostek: znajduje tutaj Pałac Administracji (Palatul Administrativ), który jest trzecim pod względem wysokości budynkiem w Rumunii (spuścizna po Ceaușescu).

 

Następnego dnia wyruszamy docelowo do krainy mołdawskiej. Z początkiem trasy przejeżdżamy przez Certeze – najbogatszą wieś rumuńską. Ogromne rezydencje, często w kiepskim guście usytuowane wzdłuż drogi. W większości miasteczko wygląda jak wymarłe, a to z powodu, że właściciele domów pracują na obczyźnie (podobno we Francji) i od czasu do czasu przyjeżdżają w rodzinne strony dobudować kolejną część domu… Taka swoista rywalizacja pomiędzy sąsiadami…

 

Dalsza droga prowadzi przez las (DN19), wzdłuż granicy ukraińskiej (uwaga na roaming! nam złapał ukraińską sieć i naliczył opłaty za zużyte KB). A droga w czasie deszczu i mgły wygląda jak z horroru…

 

Następnym przystankiem jest miejscowość Săpânța, gdzie znajduje się chyba jedyny na świecie Wesoły Cmentarz. Kilkaset kolorowych cmentarnych nagrobków usytuowanych wokół cerkwi, z których każdy opowiada historię życia zmarłego (niestety po rumuńsku). Na nagrobku znajduje się jednak obrazek z którego wywnioskować możemy jak zginął oraz czym się zajmował zmarły (awers i rewers nagrobka). Na co zwróciliśmy uwagę? – nie ma płyty nagrobnej – jest ziemia i roślinki, a znicze też są rzadkością.

Warto wybrać się tam w niedzielę około południa – trwa w tym czasie msza. Spotkać można wtedy osoby ubrane w tradycyjne stroje ludowe, a z kościelnej wieży z megafonu słychać modlitwę. Pewnie nie jest w dobrym tonie przechadzanie się po cmentarzu podczas ich nabożeństwa, ale chyba są już do tego przyzwyczajeni… Tym bardziej, że za murem wokół parkingów znajdują się stragany z „pamiątkami”, na których interes kwitnie i nie obowiązuje zakaz handlu w niedzielę…

 

Granice okręgu Marmarosz (DN18) przebiegają w górach. Droga jest dosyć zniszczona po ostatnich powodziach i trwa tam dużo remontów. To tam widzieliśmy po drodze romskie osady koczownicze – blaszane „domki” wyglądające jak garaże. To też tam po raz pierwszy spotkaliśmy samotnie wędrujące krowy czy konie po ulicy.

2. Bukowina i Mołdawia

Nie mylić z osobnym państwem. Mołdawia to moim zdaniem najbardziej tradycyjna i urzekająca naturalnością kraina Rumunii. Przypomina trochę nasze Bieszczady – można odczuć, że w niektóre miejsca cywilizacja europejska jeszcze nie dotarła. Ma się wrażenie, że czas tam wolniej płynie…

Na nocleg zatrzymujemy się w Pensjonacie w miejscowości Vatra Moldovitei (Bukowina południowa). Dla mnie to zderzenie dwóch światów: nowoczesny budynek, komfortowo urządzone pokoje, a właściciel ręcznie rano kosi trawę, po którą przyjeżdża to wozem konnym zaprzyjaźniony sąsiad… Wystrój pensjonatu też bardzo przypadł mi do gustu – wiele akcentów folkloru, w tym zdjęcia z życia dawnych mieszkańców.

 

Bukowina słynie przede wszystkim z późnośredniowiecznych monastyrów i ich bogatych malowideł zewnętrznych. Cerkwie te są wpisane na światową listę dziedzictw UNESCO. My do Monastyru Moldovița mieliśmy 10 minut piechotą od pensjonatu. Warto go zobaczyć – kolorowe freski pochodzą 16 wieku i niektóre są nieźle zachowane. Dodatkowo przejmująca cisza panująca na całym kompleksie pozwala na kontemplację własnych myśli…

 

Jadąc dalej, przypadkiem trafiamy na drogę DJ175B zwaną Transrarăul. Początkowo serpentynki i piękne widoki, później droga się zwęża i prowadzi przez las. Dobrze, że nawierzchnia wygląda na nową, jednakże jest tak wąsko, że niemożliwym wydaje się wyminięcie dwoma samochodami. Trasa ta jest mało rozreklamowana w przewodnikach, ale będąc w tamtym rejonie z pewnością warto nią przejechać (szczególnie motocyklem).

 

Pogoda jest niepewna, jednak pozostajemy optymistami i podróżujemy w dżinsach. Niestety jadąc DN15 wzdłuż jeziora Bicaz łapie nas ulewa. Droga wąska, brak pobocza, jednak udaje nam się znaleźć otwarty garaż, gdzie „bez pardonu” wjeżdżamy, aby się przebrać (w przeciągu 2 minut byliśmy całkowicie przemoczeni). Następny przystanek to Zapora Bicaz (Bicaz Dam). Obowiązuje tam podobno zakaz robienia zdjęć, jednak w takim deszczu ja nie widziałam żadnego znaku…

 

Dalej drogą DN12C wjeżdżamy w Wąwóz Bicaz (Cheile Bicazului). Znajduje się on w górach Hăşmaş, na pograniczu Siedmiogrodu i rumuńskiej Mołdawii, ale jeszcze po stronie mołdawskiej. Wąwóz robi wrażenie: wysokie, strzeliste skały, a między nimi biegnąca droga. Niekiedy ma się wrażenie, że zawalą się nam na głowę. Przy nielicznych i niewielkich parkingach stoją kolorowe stragany z różnymi badziewiami. Popularnym miejscem wśród turystów jest natomiast Czerwone Jezioro (Lacul Roşu), wokół którego jest kilka pensjonatów, jednak po obfitych opadach jezioro wyglądało na brudnobrązowe.

 

Dwa dni w północnej Rumunii wystarczyły abym zakochała się w tym kraju 🙂 Zapraszam też do zapoznania się z pozostałymi wpisami:5 najciekawszych rumuńskich atrakcji, Szlakiem rumuńskich zamków oraz Rumuńskie trasy trans to artykuły poświęcone równie ciekawym miejscom wraz z ich historią. Natomiast Dookoła Rumunii to nasza pełna relacja z wakacyjnej motocyklowej podróży 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *